|
Polnisches Kulturzentrum e.V. in Frankfurt am Main
Blog > Komentarze do wpisu
Witold Filipowicz: Sąd sądzi, że sądzi
sowa
Sondaże
opinii publicznej z początku roku, ukazujące ocenę polskiego wymiaru
sprawiedliwości są wymowne. Jest źle. Laur pierwszeństwa braku zaufania zdobyli
sędziowie. Reakcja
środowiska, głównie sędziów właśnie, była również wymowna. Z wypowiedzi
wynikało, że społeczeństwo nie wie, o czym mówi. Społeczeństwu brak podstawowej
wiedzy prawnej, brak kultury prawnej, brak rozeznania, itd., itp. Te wszystkie
uczone i zawiłe wywody można byłoby podsumować krótko i dobitnie –
społeczeństwo jest głupie. Publiczne
komentarze na temat sądowych orzeczeń wywołują wciąż jeden i ten sam skutek. Sędziowską
alergię, by nie rzec agresję wobec autorów krytyki. Jeszcze gorzej jest ze
stawianymi pytaniami. Zwłaszcza, gdy stawiają je media. Jeśli w ogóle padają
jakieś odpowiedzi, to najczęściej zamykają się w jednym zdaniu. Sądy są
niezawisłe. Czasem jest dodawany ozdobnik w rodzaju: sądy podlegają tylko
ustawom. W
domyśle, nikt sądu sądził nie będzie, bo od sądzenia jest sąd, więc się sam
osądzi. Jak będzie chciał. I jak będzie miał wystarczający powód. A że od lat,
jak daje się zauważyć, powodów na ogół nie znajduje, to i chęci do osądzania
samego siebie nie przejawia. Strzegą tej reguły odpowiednio skonstruowane
przepisy, które są równie odpowiednio przez sądy interpretowane. Takiej
chęci weryfikacji sądowych orzeczeń również nie przejawiają inne instytucje,
powołane do kontroli i nadzoru, w tym Ministerstwo Sprawiedliwości czy Krajowa
Rada Sądownictwa. Powody są proste i wskazane powyżej. Społeczeństwo jest
głupie i nic nie wie, a sądy są niezawisłe. Niezawisłość
sądów jest warunkiem sine qua non funkcjonowania rzeczywistej demokracji.
Jednakże rozumienie niezawisłości jako synonimu bezkarności, czyli de facto
stawania ponad prawem, jest tej demokracji zaprzeczeniem. Podobnie ma się rzecz
z próbami tłumienia krytyki sądowych poczynań, w tym i krytyki prasowej. Prawdą
jest, że procesy stosowania prawa są materią niezwykle skomplikowaną.
Zrozumienie jej przez osoby spoza środowiska prawniczego bywa niezmiernie
trudne. Krytyczne oceny, bez znajomości prawnych zagadnień, a nadto bez
znajomości szczegółów konkretnych spraw bywa często nietrafna. Nawet, gdy sam
wyrok budzi odruch sprzeciwu godząc – w ocenie społeczeństwa – w podstawowe
poczucie zwykłej ludzkiej sprawiedliwości. Zdarzają się jednak takie wyroki,
dla oceny których nie potrzeba wiedzy prawniczej. Wystarczy sama umiejętność
czytania i zwykły zdrowy rozsądek. Jednym z
wielu przykładów rzeczywistej kondycji demokratycznego państwa prawnego i roli władzy
sądowniczej w kształtowaniu tej kondycji może być tocząca się od ponad czterech
przed sądem pracy lat sprawa przeciwko Urzędowi Patentowemu Rzeczypospolitej
Polskiej. Kiedy po
dziewięciu miesiącach i kilkakrotnym monitowaniu sądu sprawa trafiła w końcu na
wokandę, zdawać by się mogło, że orzeczenie o przywróceniu do pracy będzie
tylko formalnością. Nic bardziej mylnego. Wprawdzie wyrok Sądu Rejonowego –
sygn. akt VII P 464/06 – wydany
przez asesora Monikę Sawę – w dużej części uwzględniał roszczenia powoda, ale
roszczenia o przywrócenie do pracy nie uwzględnił. Dziwne
to było o tyle, że za podstawę orzekania i przyznanego odszkodowania Sąd
przyjął art. 58 § 1 i 2 KC. Sąd stwierdził, że prezes Urzędu Patentowego RP, Alicja Adamczak oraz ówczesny, tzw.
zastępujący dyrektora generalnego, Cezary
Pyl, zawierając umowę o pracę z dyrektorem z konkursu, na okres 3 miesięcy,
zmierzali do ominięcia przepisów prawa i naruszyli zasady współżycia
społecznego. Z konstrukcji całego przepisu wynika, że Sąd mógł i powinien
zastosować w tym przypadku § 3 przepisu, to znaczy unieważnić umowę o pracę w
części dotyczącej czasu, na jaki została zawarta. Tym
bardziej, że uzasadnienie wyroku było dla kierownictwa Urzędu Patentowego RP
wręcz druzgocące. Wynikało z niego, że funkcjonariusze publiczni wysokiego
szczebla w centralnym urzędzie administracji rządowej wykorzystywali stanowiska
służbowe dla własnych, prywatnych celów i z premedytacją dążyli do
unicestwienia wyników konkursu w celu zapewnienia stanowiska dyrektora swojemu
protegowanemu. Czynność
prawna dotknięta wadą, o jakiej mowa w art. 58 § 1 i 2 KC skutkuje bezwzględną
nieważnością części umowy lub nieważnością całkowitą o ile unieważnienie części
zakwestionowanej taki przyniosłoby skutek. Dlaczego więc Sąd nie zastosował
konsekwentnie jednoznacznej dyspozycji przepisu, pozostaje zagadką.
Niewątpliwie kontrowersje pojawiałyby się zarówno w przypadku zastosowania
sankcji nieważności, jak i w przypadku jej niezastosowania. O ile
jednak ocena wyroku Sądu Rejonowego wymagałaby dogłębnych analiz i równie
dogłębnej wiedzy prawniczej, to wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie, Wydział XII
– sygn. akt XII Pa 397/06 – wydanego
w wyniku wniesienia apelacji przez obie strony, wprawił w konsternację wielu
prawników. Zespół
orzekający w składzie: SSO Grażyna
Otola-Pawlica, SSO Anna Telec, SSR
(del.) Dorota Szarek, po rozprawie
trwającej około 10 minut i tyleż trwającej naradzie, zmienił wyrok Sądu I
instancji całkowicie na korzyść Urzędu Patentowego RP. Co daje
podstawę wysuwania tezy, że wyrok ów można zakwalifikować do kategorii wyroków
skandalicznych? Nie
wdając się tymczasem w cały wachlarz bulwersujących okoliczności i szczegółów,
wystarczy wskazać tylko jeden aspekt. Sprawa dotyczy – trwa nadal – sposobu
realizacji przez kierownictwo Urzędu Patentowego RP wyników konkursu na
stanowisko dyrektora. W tej
konkretnej sprawie zastosowanie znalazł, po rozstrzygnięciu konkursu, art. 48
ust. 3 ustawy o służbie cywilnej w brzmieniu: „Z osobą nie będącą członkiem korpusu służby cywilnej wyłonioną w
drodze konkursu, o którym mowa w art. 42 ust. 2, dyrektor generalny urzędu
zawiera umowę o pracę na czas określony do 3 lat. Wcześniejsze rozwiązanie
umowy o pracę może być dokonane za dwutygodniowym wypowiedzeniem.” To
właśnie o sposób realizacji tego przepisu przez kierownictwo Urzędu Patentowego
RP, jak też w ogóle o jego sens i znaczenie trwa ponad czteroletni spór przed
sądami pracy. Sprawa pozornie jednostkowa, jednak w istocie ukazująca w
praktyce faktyczną równość obywateli i faktyczną realizację reguły dostępu do
służby publicznej na jednakowych zasadach, o czym mowa w art. 60 Konstytucji
RP. Pojawiają się tu dwie kwestie, których w żaden racjonalny sposób nie da się wytłumaczyć. Pierwsza, to zagadnienie prawne zastosowania przez Sąd Okręgowy w Warszawie przepisów, które odnoszą się do zupełnie innej procedury konkurencyjnego obsadzania stanowisk w administracji rządowej. Art. 25 ustawy stanowi regulację dotyczącą naboru na stanowiska inne, niż stanowiska wyższe. I nie może być tu mowy o żadnych kontrowersjach interpretacyjnych, którymi tak ochoczo zasłaniają się sądy, gdy ktoś próbuje dociec motywów wydawanych rozstrzygnięć. piątek, 15 maja 2009, kultur
|
|